Adam Czetwertyński

Harcerstwo (139) Kuchnia (10) Kultura (186) Polityka (36) Szkoła (49) Varia (75)

Orkiestra

Coś się porobiło. Na Jurka Owsiaka wylewane są pomyje w większej niż zazwyczaj ilości. Wylewane co prawda z prawej strony, ale pod różnymi kubłami zauważyłem pomocników - członków naszej przemiłej organizacji, którzy są przeze mnie cenieni, lubiani, których uważałem za ludzi mających poglądy podobne do mnie. Wydawałoby się - myślących tak samo jak ja.
Bo my, instruktorzy harcerscy, jesteśmy społecznikami, bo oddajemy swój wolny czas innym, bo cenimy ludzi z pasją, z charyzmą, robiących coś bezinteresownie dla innych. Ot, dla nas ci, którzy działają podobnie do nas, są nam bliscy.
Dlatego nawet mi nie przeszkadza, że Owsiak wycisza wkład naszej organizacji w działalności Wielkiej Orkiestry. Pewnie tak być musi - jeden wielki ruch - harcerstwo - włącza się aktywnie do drugiego wielkiego ruchu - do Orkiestry. Musi wtedy zgrzytać. I niech te zgrzyty sobie będą.
Bo jest cel - pomoc dziecku, odciążenie państwa od niektórych zakupów, a cała Owsiakowa maszynka działa coraz sprawniej (sprawniej po 20 latach - czy to możliwe?). Ofiarność ludzi jest coraz większa, choć Orkiestra wybrała sobie dziwny termin ogólnopolskiej zrzutki - pierwszą połowę stycznia, kiedy może być zimno, może padać śnieg, mogą ludzie nie chcieć wychodzić z domów, nawet jeżeli chcą wrzucić coś do orkiestrowych puszek.
I wszystko gra z wyjątkiem niektórych komentarzy.
Zazdrość? Chęć wykazania, ze inni są lepsi? Po co? Wykazywanie, że święta Wielkiej Nocy są lepsze od świąt Bożego Narodzenia? Że Caritas zasługuje na większe wsparcie niż inicjatywa Owsiaka? Że miliony Wielkiej Orkiestry są w części marnowane? Oglądałem jakieś wyliczenia. Porównania. Tylko jaki ma to sens?
Podawane są argumenty: młodzież strasznie kradnie, wyciąga pieniądze z puszek, bo… Pewnie są takie przypadki. No i cóż z tego? Czy postawić przy każdej puszce jednego policjanta? Podawany jest argument: to państwo powinno kupować sprzęt do szpitali. Czy rzeczywiście nie może tego czynić ruch społeczny? I jeszcze jeden. Gdyby telewizja nie transmitowała Owsiaka, w tym czasie mogłaby sprzedać czas antenowy różnym firmom i zarobić krocie. Ciekawe, może sprzedać 100 procent czasu na reklamy? Itd., itd.
Wspierajmy Owsiaka. Wspierajmy Caritas. Róbmy dobre harcerstwo. Każdy ruch społeczny, każda organizacja pozarządowa, mająca szlachetne cele, jest warta wsparcia.

Odważny

Początek roku. E. któregoś pięknego styczniowego dnia powiedziała mi: - Ale napisałeś odważny tekst.
Zdumiałem się wielce. Odważny? Śmiały? Ostry? Nie. Jedyne, co mogę o nim powiedzieć, to tyle, że jest on szczery. Bo czasy, kiedy pisałem ostro, już minęły. Tak, na pewno złagodniałem, ale od jednego jednak nie odstąpiłem - od podstawowej uczciwości, od pisania prawdy.
Są tacy, którzy uważają, że to cechy, które należy cenić. Inni wprost odwrotnie. Dla niektórych felieton, w którym piszę prawdę, jest odważny. Tak też można.
Ta moja “odwaga” od lat powodowała nieprawdopodobne falowanie mojej harcerskiej kariery - byłem na wozie i pod wozem, raz ulubieńcem władz, za rok lub pięć osobą zupełnie nietolerowaną, często wyróżnianym i równie często traktowanym jak powietrze.
Co ciekawe, czasem zależało to od sytuacji zewnętrznej, od czasów, w jakich żyliśmy. Ot, w latach siedemdziesiątych funkcjonowałem jako jeden z wielu, wokół były druhny i druhowie wyróżniani, dopieszczani, pokazywani jako wzorce, zapraszani na wycieczki zagraniczne (to było prawdziwe wyróżnienie!). I nagle w roku 1981 (gdy aktywna już była “Solidarność”) stałem się jedną z najważniejszych osób w hufcu - delegatem na zjazd Związku, a także jedną z najważniejszych postaci w harcerskim ruchu starszoharcerskim (dziś nazwanym ruchem wędrowniczym). Czasy historyczne były takie, że takie cechy, jakie sobą reprezentowałem, były cenione. Później ceniła je moja szefowa w redakcji “Drużyny”, ale już koło roku 1984 (gdy zakończył się stan wojenny i w harcerstwie tylko na pozór nic się nie zmieniło) byłem osobą zdecydowanie mniej znaczącą.
Tu dygresja. Zdarzało mi się sprawdzać, czy moi harcerscy przyjaciele są w stanie wytrzymać pełną szczerość. Tak było, gdy na początku roku 88 ostro atakowałem organizatorów wielkiego zlotu, nazwanego grunwaldzkim. Występowałem wówczas jako Jędrzej z Brodowa (inne felietony podpisywałem jako Andrzej Brodowski), słynny rycerz pamiętający wiktorię grunwaldzką. Kpiłem z naszej Głównej Kwatery i sukcesu, jaki był pewny (musiał być sukces, zaprosiliśmy przecież na zlot gen. Jaruzelskiego). Cóż, moja uczciwość i szczerość nie procentowała. doszło do tego, że przede mną jako “wrogu” przestrzegano nowego naczelnika ZHP, który przejął kierowanie Związkiem w czasach Zjazdu Bydgoskiego.
Później, gdy kierowałem miesięcznikiem “Czuwaj”, też zdarzało mi się napisać ostry tekst. Na przykład o tym, gdy komendanci chorągwi w czasie spotkania na Głodówce nie przestrzegali ostatniego punktu harcerskiego prawa. I co? Tekst bardzo dyskusyjny był przyjęty przez kierownictwo ZHP pozytywnie. Bardzo R. wtedy zyskał w moich oczach.
Gdy dziś patrzę na to, jak różni instruktorzy harcerscy wykorzystują moją wiedzę i umiejętności, myślę sobie, że nic mnie nie zdziwi. Absolutnie nic. Jestem jednak pewny, że solidność i uczciwość będzie procentować. Pozytywnie.

Przed laty

M., którą widziałem ponad trzydzieści lat temu, niespodziewanie przysłała mi maila - napisała w nim: “…łezka w oku się kręci, bo pamięć sięga do lat 70-tych, gdy we mnie zaszczepiał Pan idee harcerstwa. Taki powrót do przeszłości, podróż sentymentalna u progu nowego roku”. M. zdążyła zapomnieć, że jest ze mną na “ty”, ale rozumiem - wszyscy są coraz starsi, ja też. Mogę być więc Panem.
To strasznie miło otrzymać taki dowód pamięci. Bo faktem jest, że wówczas zaszczepiałem ową idę i zaszczepiam ją dziś. Nie wszystkim to się podoba, bo przecież są harcerze oraz są osobnicy przebrani z harcerskie mundury. Z tymi drugimi zawsze będę skonfliktowany.
M. ma rację. Dzisiejszy wieczór to także czas wspomnień. Powspominajmy. Lipiec. Początek lat siedemdziesiątych. Dolina Caryńskiego. Operacja “Bieszczady 40″ jeszcze przed nami. Kilka obozów naszego hufca rozbitych w niedalekiej odległości. M. ma około 18 lat - jest oboźną. Jej komendantka będzie pełnoletnia za dwa miesiące. Jest ich razem ponad trzydzieścioro. Uczniowie warszawskiego liceum budujący swoje harcerstwo w trudnych wszak warunkach. Dosłownie trudnych, nawet z obozu nad potokiem na drogę, będącą powyżej, po bieszczadzkim błocie wejść się nie za bardzo dało. I wszytko toczyło się normalnie. Dało się zbudować kuchnię, taką normalną - polową. I stołówkę, i magazyn, i wszystko, co na zwykłym obozie powinno się znaleźć. Dało się normalnie jeść. O dziwo, gorzej było w pobliżu, gdzie rządził L. i miał do pomocy cywilną nauczycielką. I także słabiutko było u A., któremu obóz sypał się z dnia na dzień coraz bardziej. A u M. i G. wszystko znajdowało się na właściwym miejscu. Porządek, dobry program na miejscu, ciekawe wędrówki. No i atmosfera, jakiej inni mogli im pozazdrościć. U mnie tak nie było. Na przykład P. postanowiła z obozu wyjechać. Mojego obozu! Do dziś nie wiem, dlaczego. Nadal mnie to dręczy. Przecież w Caryńskim z J. - moim świetnym oboźnym - poprowadziliśmy niezły obóz. To tam J. się wykazał. Byli na rajdzie na południe od Arłamaowa (kto wtedy mógł przypuszczać, że stanie się to w przyszłości jedno z najważniejszych miejsc w całych Bieszczadach). I wtedy stało się TO - busola J. zamiast północy zaczęła pokazywać południe. I cały patrol poszedł w drugą, zupełnie niewłaściwą stronę. Wiecie, jak to jest, gdy grupa na rajdzie w Bieszczadach znajdzie się kilka kilometrów od miejsca, gdzie być powinna? Ale to było kształtowanie charakterów, coś, co dziś wspomina M.
Oczywiście z Tarnicy należało schodzić szlakiem. Myśmy zeszli do Zgniłochy. Ja dalej nie poszedłem. Na mojej drodze stanął gwóźdź. Przebił podeszwę i przebił moją stopę. Nie iść dalej się nie dało, choć przecież zamierzaliśmy pochodzić sobie pasem granicznym z Ukrainą. Moi harcerze poszli dalej, ja niestety pokuśtykałem wzdłuż Wołosatego. (Dlaczego wspominam o tym, i dlaczego spacer granicą z USRR był harcerską przygodą, starszym czytelnikom tłumaczyć nie muszę, a młodszym? Zapytajcie dziadków - opowiedzą wam).
M. działała w sympatycznym środowisku. Nie, nie najwybitniejszym. Po prostu dobrym. Zakładanym od podstaw. I udało się. Nie tylko ja, ale i M. to pamięta. Powtórzę - bardzo się z tego powodu cieszę.

Niedługo Święta

Integracyjnie
Środa, 14 grudnia. Dobrze jest spotkać się towarzysko w czasie okołoświątecznym i tylko trochę mówić o polityce. Przed nami sałatki, śledź, wędliny. Wokół ludzie, z którymi nie widuję się na co dzień. Jedni wygrani, inni przegrani, dziś jakby zagubieni. Członkowie partii. Między nami W., który ostatnio pokazuje się w telewizji, słychać go w radiu. W. opowiada nam, jak już niedługo tacy jak ja będą mieli znacznie więcej do powiedzenia niż ma to miejsce dziś. “Upodmiotowienie dołów” - jak to ładnie brzmi. Wszystkim nam podobają się nie tylko sałatki, ale i to, co mówi szef znanego w Polsce stowarzyszenia.

Przynoszący dzieciom radość
Czwartek, 15 grudnia. Pełnią oni bardzo trudną harcerską służbę – przynoszą radość dzieciom specjalnej troski. Są ich nauczycielami, opiekunami, niańkami. Instruktorzy Nieprzetartego Szlaku. Jest ich w naszym hufcu spora gromada, bo NS mamy największy w Polsce. Troszczy się o nich A. - wspomaga, organizuje, nagradza. Ta wigilia jest także nagrodą. Chwilą, gdy mogą się spokojnie spotkać we własnym gronie, ale także z przyjaciółmi z hufca i z grupką byłych już instruktorów, poczuć się częścią wielkiej harcerskiej rodziny. Na stole pali się świeca Betlejemskiego Światła Pokoju…

Nasza klasa
Piątek, 16 grudnia. Na takim świątecznym spotkaniu zbiera się nas niewiele ponad 10 osób. Z częścią klasy nie mamy kontaktu, nie wiemy, gdzie jest; czworo jest aktualnie za granicą, ktoś się źle czuje, ktoś nie chce, nie widzi potrzeby brać udziału w takiej imprezie, choć na klasowej liście widnieje. To duża radość zobaczyć się o rzut beretem od szkoły. Wbrew powszechnym opiniom nie rozmawiamy o szkole i nauczycielach. Nawet sukcesy sportowe sprzed lat przestały nas interesować. Może kiedyś przyjdzie pora na takie wspominki. Najważniejsze są nasze losy, przyszłość nasza i naszych dzieci. Inne tematy są marginesowe. Polityka też.

„Trójka”
Poniedziałek, 19 grudnia. Wigilie „Trójki” mają długą tradycję. Kiedyś było nas bardzo wiele, dziś dwanaścioro. Na dodatek I. i A. są aktualnie w Szwecji a Ł. w Turcji. Ktoś nie może przyjść, ktoś się nawet nie usprawiedliwia. Więc nawet gdy przyjdzie czyjaś żona lub mąż, to i tak zbierze się nas dziesiątka. Kiedyś bardzo staraliśmy się, by pod choinką były własnoręcznie wykonane prezenty. Dziś tradycja gaśnie. Wszyscy strasznie jesteśmy zabiegani. W tle kolędy, w pokoju choinka. Zastanawiamy się, czy jeszcze kiedyś „Trójka” się odbuduje. Bo za niecały rok stulecie naszego środowiska. Więc jak będzie przebiegał jubileusz bez drużyny?

W Muzeum
Wtorek, 20 grudnia. Muzeum Harcerstwa jest dla niektórych azylem. Dobrze się tam znaleźć w gronie starych i młodych instruktorów. Coś takiego jest, że wszystkich ciągnie na parter budynku przy Konopnickiej. A gdy zaproszą na wigilię? Gdy zapowiedzą barszcz i pierogi, które przywiózł K.? W Muzeum wszystko jest takie, jak trzeba. Opłatek, dania postne, ciasta. Wiele osób przynosi różne potrawy z domu – słynny jest tort żony D. lub krem makowy druha A. W tym roku ciasno się zrobiło w niewielkich muzealnych pomieszczeniach. Ale kto nie chce pobyć choć chwilę w takim azylu?

Nasi młodzi
Wtorek, 20 grudnia. Wigilia kadry naszego hufca, tej jego najmłodszej, a może najbardziej zróżnicowanej części. Nieco wcześniej zaczęła się w pobliskiej szkole uroczyste świąteczne spotkanie kręgu seniora, zwanego dla niepoznaki kręgiem instruktorskich pokoleń. Tam około 50 osób, tu – tych młodych – prawie setka. Chcą być ze sobą, chcą bawić się razem, ale także pracować. Po raz pierwszy zamiast jasełek poważny spektakl „przedwigilijny” teatru Paradox. Po raz pierwszy dwóch księży święci nam opłatki. Po raz pierwszy nasi seniorzy podarowali nam harcerskie hufcowe kalendarze na przyszły rok. Po raz pierwszy dostaliśmy mądre myśli o wierze i nadziei. I mogliśmy o nich chwilę porozmawiać. Nie po raz pierwszy mieliśmy świetną atmosferę.

W harcerskiej centrali
Środa, 21 grudnia. Kilkudziesięciu instruktorów (i instruktorek) związanych z Główną Kwaterą ZHP. Dwóch byłych przewodniczących, kilkoro byłych naczelników, dwóch kapelanów, grupa tych najaktywniejszych… Tylko szefostwo gdzieś się zapodziało. Byli niedaleko, dopieszczali posłów ze świeżusieńkiego parlamentarnego zespołu przyjaciół harcerstwa, któremu przewodzi nasza B. Czekaliśmy i się doczekaliśmy. Wreszcie możemy składać sobie życzenia. Najwięcej było takich mało zobowiązujących: “wszystkiego najlepszego”, “szczęśliwego nowego roku”, “abyśmy zdrowi byli”. Ale następną grupą były: “trzymaj się”, “pisz tak dalej”, “nie daj się”. Hmm… No dobrze, jak chcecie, to się nie dam. Na pewno. A na końcu łamanie opłatkiem z J., która bardzo życzeń składać mi nie chciała. Ale były one osobiste, szczere i zupełnie inne. Będę te życzenia pamiętał. Jako jedyne.

Belfrzy i okolice
Czwartek, 21 grudnia. Szefowa przygotowała nam mowę. Czego tam nie było! I “Chłopi” Reymonta, i nasze wynagrodzenie, i problemy dyrekcji, i podziękowania, i nadzieje na przyszłość. Mieliśmy mowę, że hej! Słuchaliśmy - ci uczący, i tzw. obsługa, i kilkoro emerytów, i przedstawiciele rodziców. To był dobry pomysł, spotkanie wigilijno-noworoczne zorganizowali rodzice. Niby w szkole nic nadzwyczajnego. Ale gdy przypomnimy sobie naszych uczniów, którzy starali się sprostać zadaniu, będąc grupą młodocianych kelnerów. W szkole są nieliczne możliwości pełnego towarzyskiego pogadania. Dzień Edukacji, studniówka i takie spotkania, jak ten nauczycielski lunch. Za mało, stanowczo za mało jak na tak oryginalny zakład pracy. Dlatego piękne podziękowania i prośba o jeszcze.

Kończy się czas wigilii, pora zacząć się przygotowywać do Wigilii. A to, oczywiście, całkiem inna historia.

Latanie na Olesińskiej

Jakość obejrzanego przedstawienia teatralnego można oceniać z różnych punktów widzenia. Szczególnie gdy i autor, i reżyser jest młody - tylko aktorzy w różnym wieku. Jednym z moich osobistych kryteriów jest ocenienie, co ja z tego obejrzanego przeze mnie dramatu po tygodniu, dwóch, trzech pamiętam. Bo cóż to za sztuka, którą zapomina się wraz z zapadnięciem kurtyny? Zupełnie jak jeden w wielu filmów wyświetlanych w telewizji. Oglądasz - dobrze, nie oglądasz - nic nie straciłeś.
Niedawno byłem na Olesińskiej. Mistrz Słobodzianek nie tak dawno nazwał swą eksperymentalną scenę, będącą laboratorium teatralnym, “Przodownik”. No dobrze, niech będzie “Przodownik”, tak jak mieszczące się w tym miejscu kino za dawnych, zapominanych już czasów. Teatr nawet dorobił się przy Puławskiej neonu, pokazującego, w którą stronę widz powinien zmierzać.
Po zejściu na dół (bo teatr mieści się w piwnicy) - szok. Normalna teatralna kawiarnia, czeka na nas zaparzona herbata, jakieś batoniki, stoliki, krzesła. Nawet zepsuty ekspres do kawy nie psuje dobrego wrażenia. Zrobiło się miło i nastrojowo. Tak wygląda przodownicza piwnica ponoć od lata. Czyżbym od września nie był tam? Wszystko jest możliwe.
Na plakacie Dominiczka w czapce-pilotce. Sztuka będzie o lotnikach? Pilotach RAF-u? Tajemnicza sprawa. Jak panisko wchodzę na widownię z kubkiem herbaty w ręku. Ja wiem, ze nie wypada, ale “Przodownik” to teatr przychylny widzowi. Tam można.
Sztuka? O czym to było? Co ta Ewa-Dominiczka chciała nam przekazać? Ewa-Dominiczka i jej młodsze wcielenie. Jakoś to drugie (a właściwie pierwsze) lepiej zapamiętałem. Ewa męczona przez panią od muzyki, Ewa męczona przez pana od muzyki. Tak, ta młoda Ewa to było to. I kolejne “uśmiercanie” swych znajomych, krewnych, otaczających ją wrogów.
Szukam w pamięci. To jaka była ta Ewa? Co o niej mogę dziś powiedzieć? Chyba niewiele.
Ale pamiętam scenografię, pamiętam obrazy. Tylko o czym to było? O czym? O lataniu?

Next Page »